Stowarzyszenie

04.04.2017W odpowiedzi na tom 107

W odpowiedzi na tom 107.

Mądrość to córka doświadczenia”.
Leonardo da Vinci

Monopol.
   Nie znam nikogo, kto nie popełnia błędów. To proste. Błędy są ludzką rzeczą. Wszyscy się na nich uczymy. Od dziecka. Najważniejszym jest jednak, aby wyciągać z nich wnioski i poprawiać swoje postępowanie. Nie popadać w samouwielbienie, bo to staje się niebezpieczne i nie służy ludziom. Nie służy nikomu. Bo przecież nikt nie ma monopolu na mądrość.

Tom 107.
   Nie tak dawno w ramach „Wielkiego Leksykonu Uzbrojenia” ukazał się tom 107, który nosi tytuł „Obszar Warowny „Śląsk” cz. 2 Fortyfikacje”. Wielu członków naszego stowarzyszenia czekało na niego z niecierpliwością, choć w poprzednim tomie nazwano nas „wandalami historycznymi”. No cóż, nie zawsze wszyscy głaskają po głowie. Do tego już się przyzwyczailiśmy. Autorem tomu 107 jest Jerzy Sadowski, który kiedyś był członkiem naszego stowarzyszenia. Co więcej, był jednym z członków założycieli, o czym doskonale pamiętamy. Wiemy, że posiada wielką wiedzę na temat fortyfikacji, więc czekaliśmy na rzetelne opracowanie. Każde opracowanie opisujące historię śląskich fortyfikacji jest dla nas niezwykle cenne.
   We wspomnianym opracowaniu nie brakuje ciekawych i wartych uwagi informacji. Na miarę dużej wiedzy autora. Ale błędów też nie brakuje. Nie tylko przy opisie naszych obiektów (tzn. pozostających pod naszą opieką), bo do niechęci autora do naszego stowarzyszenia już się przyzwyczailiśmy. Ale ogólnie – błędów…

Błędy w opracowaniu.
   Może zacznijmy od najprostszych. Po kolei:
- na str. 14 opracowania zostały źle zaznaczone obiekty o numeracji z mapki 141 i 142 (rejon kopalni „Andaluzja”). Chodzi o schrony polowe - jeden jednostronny, a drugi dwustronny. Źle oznaczone, gdyż powinny być na mapce zamienione miejscami.
- na str. 15 tekst brzmi: „Na zapleczu linii schronów bojowych na kierunkach o urozmaiconym ukształtowaniu terenu, zbudowano betonowe stanowiska dla moździerzy, które wyposażono w chroniące przed odłamkami lekkie osłony pancerne, obracające się na rolkach”. Otóż w toku naszych wieloletnich badań, obserwacji i poszukiwań tylko w jednym miejscu odnaleziono relikty betonowych stanowisk, które można opisać jako stanowiska moździerzy. Zastanawia nas jednak, skąd nagle wzięły się lekkie osłony pancerne, do tego obracające się na rolkach? Autor chyba sam tych stanowisk nie widział. Najprawdopodobniej coś mu się pomieszało z niemiecką fortyfikacją. Szkoda, bo wprowadza czytelników w błąd.
- na str. 17 w tekście autor wymienia, że na wyposażeniu było 12 armat kal. 75 mm, co jest błędną informacją. IV dywizjon forteczny 23 pal był wyposażony w 14 armat kal. 75 i 76,2 mm, w tym 12 armat miało stanowiska w schronach bojowych, a pozostałe dwie armaty były w plutonie ruchomym.
- na str. 19 w opisie zdjęcia tradytora autor podaje informację, że strzelnice ckm zasypała osypująca się ziemia, co jest nieprawdą. Strzelnice ckm są umieszczone stosunkowo nisko i na zaprezentowanym zdjęciu są słabo widoczne, ale na pewno nie są zasypane ziemią.
- na str. 20 kuriozalnie wygląda informacja o tym, że w połowie lat 90-tych XX w. opracowano inwentaryzację OWŚ, oczywiście pod kierownictwem autora. Inwentaryzacji dokonała wtedy grupa wolontariuszy. Tak na marginesie ciekawe, czy wymienione osoby wiedzą, że były podwładnymi autora, który kierował zespołem wolontariuszy. Tak czy inaczej wszelkie zasługi inwentaryzacji niejako przypadają autorowi i jego podwładnym. Teraz nadszedł czas, aby autor podzielił się swoimi ustaleniami z innymi.
   Jednakże autor nie wymienia osób, które wynikami swoich badań podzieliły się z innymi już o wiele wcześniej. Pierwszy raz inwentaryzacja OWŚ (rozpoczęta w latach 1996-1997) pokazała się lata temu w internecie na stronie Forty Kraków. Ta strona założona i prowadzono przez Dariusza Kryształowskiego już nie istnieje, ale funkcjonowała do 2010 r. Stale była uzupełniana. Dariusz założył później zaprzyjaźnione z nami stowarzyszenie „Rawelin”. Na owej stronie internetowej pojawiły się mapy z całym OWŚ, ze zdjęciami i opisem większości obiektów. Potem powstała pierwsza strona internetowa Szymona Hrebendy (Pro Fortalicium), który później stworzył istniejącą do dzisiaj stronę fortyfikacja.pl. A w 2006 r. nasze stowarzyszenie wydało publikację „Obszar Warowny Śląsk”.
   Tymczasem autor pisze o przedstawianych danych „Dlatego teraz, w skróconej formie, publikowane są po raz pierwszy”. Chyba nie do końca. Ironizując można by stwierdzić, że autor dokonał odkrycia grafenu czy też wynalazku komputera i jak dotąd nie zdążył się tymi dokonaniami podzielić. W międzyczasie zrobili to inni, ale zasługi i tak należą autorowi. Tylko jemu. Natomiast kwestia przypisania oryginalnej numeracji do konkretnych obiektów w dużej mierze należy się świętej pamięci Adamowi Polczykowi, bo to on rysował większość schematów schronów z 1937 r. Zresztą, nie wymieniono nikogo, kto obecnie jest w Pro Fortalicium, a kto przyczynił się do owej inwentaryzacji. Ci ludzie dla autora nie istnieją.
- na str. 30 autor pisze o tym, że na odcinku Mikołów były trzy plutony armat kal. 75 mm, co jest nieprawdą. Były tam dwa plutony armat pozycyjnych o numerach 57 i 58. Każdy był uzbrojony w dwie armaty kal. 76,2 mm.
- na str. 39 w opisie schematu pojawia się armata kal. 74 mm. Na wyposażeniu oddziałów OWŚ nigdy nie było armat o takim kalibrze. Ale być może to tylko pomyłka w liczbach, a nie brak wiedzy.
- na str. 34 prezentowany jest błędny schemat obiektu z Bobrownik nr 61. Gdyby autor przed napisaniem tej publikacji skontaktował się z członkami stowarzyszenia „Pro Fortalicium”, którzy opiekują się tym punktem oporu, zostałby uświadomiony, że obiekt był przez krótki czas odkopany i nie wygląda tak, jak jest pokazany na schemacie. Wystarczyło przyznać się do błędu i spytać…
- na str. 39 pojawił się rażący błąd na schemacie obiektu z Maciejkowic. Na rzucie dolnej kondygnacji jest zaznaczone przejście w miejscu, gdzie w rzeczywistości jest ściana. Obiekt jest w czasie remontu. Oczywiście przez „Pro Fortalicium”. I znowu wystarczyło spytać…
- na str. 45 autor wspomina o jakiejś armacie polowej wz. 36. Takiej armaty nie było na wyposażeniu Wojska Polskiego. Polacy posiadali armatę przeciwpancerną wz. 36. To już nie jest literówka. Na tej stronie pojawił się również dziwny kogel mogel w tabeli odporności. Dane zawarte w tabeli nie pokrywają się z tym, co zostało przyjęte przez Inspektora Saperów w kwietniu 1937 r. Są tam wprowadzone jakieś zmiany, ale nie zostało zaznaczone to, co zostało zmienione. Pytanie, po co…
- na str. 47 pojawiły się błędy w opisie ilustracji mówiącym o uzbrojeniu niektórych obiektów. Nagle pojawiły się tam armaty przeciwpancerne.
- na str. 55 autor pisze: „od 1936 do maskowania schronów używano czterech kolorów farb do wymalowania plam, dwóch o jaśniejszej tonacji żółtopiaskowej (jasna ochra) i jasnozielonej oraz dwóch ciemniejszych: brązowej i zielonej”. Dobrze, przyjmijmy, że taka jest właśnie prawidłowa wiedza autora, który zarzuca naszemu stowarzyszeniu błędne stosowanie barw.
   Jednakże w projekcie koncepcyjnym wyeksponowania i zagospodarowania otoczenia polskiego schronu bojowego nr 39 sporządzonym dla gminy Świętochłowice odnajdziemy zapis: „Opierając się na przykładzie zachowanych fragmentów malowania schronów, wzniesionych w tym samym okresie budowlanym zarówno w fortyfikacjach na zachodzie jak i na wschodzie II RP, można stwierdzić, iż właściwym jest malowanie trójbarwne. Zastosowane do malowania trójbarwnego kolory to: zielony, ciemnobrązowy, piaskowy w zgaszonych odcieniach”. Pozostaje tylko zgadywać, kto jest autorem tego zapisu we wspomnianym projekcie, który powstał w 2006 r. Otóż nikt inny, jak właśnie autor analizowanego opracowania, który po latach nagle zmienił zdanie, a innym zarzuca błędne działania.
   Dla zainteresowanych – wspomniany projekt jest do wglądu. Zawsze można sprawdzić, czy faktycznie tak tam napisano. Część naszych obiektów została pomalowana w trzech barwach, które teraz autor tak piętnuje i nazywa malowaniem ahistorycznym. Zapomniał chyba o tym, co kiedyś sam twierdził, co sam doradzał i pod czym się podpisywał. To się chyba nazywa hipokryzją…

Kilka uwag.
   Ogromną bolączką tej publikacji jest masa nieaktualnych zdjęć. W ciągu ostatnich lat wiele obiektów OWŚ zostało odkopanych, wysprzątanych, odmalowanych i wyremontowanych tak, że dzisiaj prezentują się znacznie lepiej niż kilka czy kilkanaście lat temu. Wklejanie nieaktualnych zdjęć wprowadza czytelnika w błąd co do aktualnego stanu OWŚ. Gdyby autor przed publikacją odwiedził obiekty OWŚ i zrobił aktualne zdjęcia, wyglądałoby to zupełnie inaczej. Dla przykładu – schrony w Kamieniu wyglądają już zupełnie inaczej. Zresztą nie tylko one.
   Nie zawsze dysponujemy wolnym czasem. To wie każdy z nas. Ale my, Pro Fortalicium, jesteśmy tu na miejscu. Wystarczyło poprosić nas o aktualne fotki. Nie byłoby żadnego problemu, a czytelnik nie musiałby oglądać obiektów sprzed lat opisywanych jako stan obecny. Tylko jest jeden problem – autor nie pała sympatią do naszego stowarzyszenia, więc o nic nie prosił. A ofiarą padł czytelnik…
   Spory zamęt panuje również w stosowanym w opracowaniu nazewnictwie OWŚ. Tymczasem nawet w I części opracowania „Obszar Warowny Śląsk” („Wielki Leksykon Uzbrojenia”) podana jest informacja, że OWŚ nie istniał pod względem prawnym, bo nie było dekretu, który by go powoływał. Nazwa Obszar Warowny „Śląsk” jednak funkcjonowała w tamtym czasie, o czym jest wzmiankowane w „Wielkim Leksykonie Uzbrojenia” tom 94. Ta nazwa nawet nie była jakoś specjalnie utajniona, bo już w 1928 r. w powszechnie dostępnej książce telefonicznej wydawanej pod oficjalną nazwą „Urzędowy Spis Abonentów Państwowej Sieci Telefonicznej okręgu Dyrekcji Poczt i Telegrafów w Katowicach” można znaleźć numer telefonu do Garnizonowej Administracji Koszar i Kierownictwa Fortyfikacji Obszaru Warownego Górnego Śląska.
   Kolejna warta uwagi kwestia to wprowadzenie w analizowanym opracowaniu nowego podziału OWŚ na odcinki, pododcinki, sektory i rejony. W „Wielkim Leksykonie Uzbrojenia” (tom 94) na okładce znajduje się tradycyjny podział na punkty oporu. W tym samym tomie na str. 18 można znaleźć archiwalną mapkę z projektem OWŚ z podziałem na odcinki/wycinki obronne. Tymczasem w analizowanym opracowaniu autor zupełnie pominął ten fakt i wprowadził własne nazewnictwo. Na str. 13 w tabeli wymienione są z nazw odcinki, a parę stron dalej na mapce odcinki zamieniają się już w pododcinki lub w sektory. Porównując więc tabelę z mapką ciężko się połapać, o co tutaj chodzi, bo tego autor nie wyjaśnił. Na str. 19 przywołuje się relację żołnierzy (jest tam mowa o odcinkach „Nowy Bytom” i „Nowa Wieś”), ale autor ignoruje nazwy z owych relacji i na mapce określa to rejonami. Gdzie indziej pojawia się rejon „Maciejkowice” czy sektor „Łagiewniki”. Naprawdę nie wiadomo, o co chodzi…
   No cóż. Obiekty wyremontowane przez nasze stowarzyszenie zostały pokazane jako przykład złej rekonstrukcji i renowacji. Szczególnie dotyczy to ich malowania. My sami przyznajemy, że nie zawsze wychodzi to tak, jak byśmy chcieli. Eksperymentujemy, próbujemy, ale potrafimy przyznać się do błędu. Ale podobno jesteśmy szkodnikami. Jednocześnie w opracowaniu pokazane są wnętrza obiektów, jak chociażby ckm na kopułowej podstawie fortecznej (str. 25), ckm z dołączonymi wężami wody chłodzącej strzelnicy (str. 29) czy też wnętrze izby bojowej (str. 29). Tylko w jednym przypadku pada informacja, że to również zdjęcia naszych obiektów.
   Aż dziwne, że na str. 62 pojawiło się zdjęcie schronu w Świętochłowicach i podpis, że to udana próba rekonstrukcji malowania. Co ciekawe, malowania trójbarwnego, wcześniej skrytykowanego. Ale w tym przypadku jest dobrze. Przecież autor sam to polecał w 2006 r. Ale o tym była już mowa…

Odbicie piłeczki.
   Pisząc o schronie bojowym rejonu „Brzeziny” nr 50 (str. 21) autor podaje, że dokonaliśmy zbyt głębokiego wykopu od strony płyty ckm i strzelnicy armatki. Podobno po to, aby odsłonić więcej ściany do pomalowania. To nieprawda, gdyż dokonaliśmy tam wykopu aż do płyty betonowej z potykaczami (która oryginalnie była odsłonięta), którą następnie przykryliśmy warstwą ziemi o grubości 20 cm, aby uniknąć nieszczęśliwych wypadków. Więc gdzie tu głębszy wykop? Opiekun tego obiektu przyznaje, że przed kopułą obiektu usunięto o 20 cm więcej ziemi, ale tak naprawdę do końca nie wiemy, jaki był poziom gruntu przed kopułą w 1936 r.
Przyznajemy również, że usunęliśmy płaszcz ziemny ze stropu tego obiektu. Stało się to po wspólnych ustaleniach, a powodem była chęć dobrego osuszenia obiektu, który miał lekkie problemy z wilgocią. Wilgoci już nie ma, więc kiedyś będzie można ów płaszcz odtworzyć.
   Zarzucono nam również, że dokonaliśmy w tym obiekcie degradacji odsłoniętych fragmentów oryginalnego farbomaskowania. Faktem jest, że nie do końca udało nam się je uratować. Jednakże owa ściana to północna strona obiektu. Co roku, na styku zimy i wiosny następuje tam wykwit glonów. Próbowaliśmy różnych środków, w tym szkła wodnego, niestety ciągle przegrywamy. Natura wygrywa. Przy próbie czyszczenia farba schodziła ze ściany. No i kółko się zamyka. Wystarczyło zapytać, a nie zaczynać od krytyki. Z chęcią posłuchamy, jak autor sobie radzi z glonami, które zżerają nam farbomaskowanie.
   Pisząc o schronie bojowym nr 5 w Chorzowie (str. 20) autor pisze, że jego kamuflaż jest ahistoryczny. Tymczasem ów schron został w obecną formę kamuflażu pomalowany za czasów, gdy autor był wiceprezesem Pro Fortalicium. Autor miał wtedy bezpośredni wpływ na kreowanie wyglądu oraz przeprowadzanej rewitalizacji obiektu. Takie pytanie zadał autorowi jeden z członków naszego stowarzyszenia. Usłyszał, że owo stwierdzenie jest fałszywe. Czyli mylą się wszyscy członkowie naszego stowarzyszenia, którzy owe wydarzenia pamiętają. Nie myli się tylko autor, który stwierdził również, że jego uwagi (chyba dotyczące tego obiektu) zostały w sposób demokratyczny przegłosowane przez innych członków stowarzyszenia. A tego faktu już sobie nikt nie przypomina…
   Temat związany z okolicznościami odejścia autora z Pro Fortalicium pomijamy już milczeniem, gdyż tu również tylko autor pamięta różnicę zdań dotyczącą renowacji obiektów, a reszta członków stowarzyszenia pamięta inną, bardzo niemiłą sytuację. Ale to nie jest tematem naszych rozważań. Skupmy się na fortyfikacjach.
   Gdy autor opisuje schron „Sowiniec” w Gostyniu (str. 45) podaje informację, że nasze stowarzyszenie zmieniło sobie nazwę obiektu z oryginalnej („Stożek”) na „Sowiniec”. Tak sobie, po prostu. Tymczasem jest takie opracowanie z 2005 r. „Schron bojowy „Sowiniec”. Obszar Warowny Śląsk” (zeszyt nr 3 Infort Editions). Jego autorem jest człowiek, który wówczas był wiceprezesem Pro Fortalicium, czyli autor analizowanego opracowania. Więc kto zmienił nazwę? On? Swoją drogą ciekawe, w jakim źródle pojawiła się nazwa "Stożek"?
   Tak na marginesie, w tym samym opracowaniu na str. 38 pada informacja, że członkowie Pro Fortalicium nawiązali kontakt z gminą Jastarnia, czego efektem było odrestaurowanie tamtejszych schronów. Czytelnik pomyśli, że przez Pro Fortalicium. Ale było inaczej, o czym autor i my doskonale wiemy.
   W schronie bojowym nr 52 w Dobieszowicach zarzucono nam, że stojak na karabiny znajduje się w ahistorycznym miejscu. Jeden z opiekunów tego obiektu przypomina sobie, że dawno, dawno temu ktoś przyniósł jedną deskę boczną takiego stelaża, która pochodziła gdzieś z okolic Szybu Artura. Do owej deski był przykręcony kawałek płaskownika o szerokości ok. 3-4 cm, grubości ok. 3-4 mm z śrubą M8 lub M10. Drewno było już bardzo zbutwiałe, ale nadawało się do zrobienia repliki. Miejsce mocowania tego stelażu na karabiny można rozpoznać w obiektach po reliktach płaskowników zabetonowanych na wysokości twarzy i rozstawie ok. 645 mm, jak podaje instrukcja saperska przetłumaczona w III tomie Śląskiego Rocznika Fortecznego. W schronie bojowym nr 52 na pewno był stojak pionowy w korytarzu, gdyż były tam relikty metalowych uchwytów montażowych. Jednakże płaskowniki pod stelaż wiszący na trzy karabiny (właśnie taki został skrytykowany) znajdziemy w Namiarkach lub innych schronach z 1936 r. Najprawdopodobniej taki stelaż w schronie bojowym nr 52 w ogóle nie występował. Został pokazany poglądowo.

Uczymy się na błędach.
   Bardzo cieszymy się z faktu, że autor posiada dużą wiedzę historyczną odnośnie fortyfikacji II RP. Z naszej strony zapraszamy do współpracy. Wymiana informacji i doświadczeń zapewni zwiedzającym jak najlepsze doznania poznawcze, zgodne z prawdą historyczną. Mamy świadomość, że wciąż pojawiają się nowe materiały archiwalne, do których dostęp był dotąd ograniczony. Dlatego taka współpraca posłuży wspólnemu dobru i rzetelnej wiedzy historycznej. My popełniamy błędy i staramy się wyciągnąć z nich wnioski. Pomagamy tym, którzy też je popełniają. Nie zamykamy się we własnych dokonaniach i jesteśmy otwarci na rzetelną krytykę. Bo nikt nie ma monopolu na mądrość…

                                                                                                                                              W imieniu wszystkich członków Pro Fortalicium
                                                                                                                                                   Dariusz Pietrucha, prezes stowarzyszenia.

 

P.S. Treść tego oświadczenia została również wysłana do wydawnictwa, które opublikowało Wielki Leksykon Uzbrojenia. Nie chcemy i nie życzymy sobie, aby wytykanie nam faktycznych i rzekomych błędów stało się materiałem wydawniczym. Nie tędy droga...