Bytom Łagiewniki - polski ciężki schron bojowy

Schron.

   Jest to ciężki schron bojowy przeznaczony dla ckm-ów o klasie odporności D, wybudowany w 1937 r. Był to okres, kiedy budowano naprawdę duże obiekty. Obiekt znajduje się ona na terenie zlikwidowanej łagiewnickiej huty „Zygmunt”, tuż przy rozebranym już ogrodzeniu, wzdłuż którego prowadzi ul. Szyby Rycerskie. Po hucie „Zygmunt” (dawna huta „Hubertus”)[1], która przed wojną była elementem polskiego przemysłu zbrojeniowego, a podczas wojny produkowała na potrzeby Wehrmachtu, właściwie nie ma już śladu. Podczas wojny w hucie produkowano podwozia do pojazdów opancerzonych Sdkfz. 250 lub Sdkfz. 251.

   Schron należy do dość dużych obiektów jednokondygnacyjnych. Jego planowanym zadaniem było wspieranie ogniem swoich ckm-ów obrony pozostałych schronów pierwszej linii obrony. Został wybudowany między graniczną rzeką Bytomką a terenem ważnej z punktu widzenia strategicznego huty „Zygmunt”. W schronie zamontowano nowszy typ kopuły bojowej wz. 38 dla ckm. Wyposażony był także w dwa ckm-y, znajdujące się w gazoszczelnych pionowych strzelnicach typ 37. Dodatkowym uzbrojeniem schronu były 1-2 rkm do obrony bliskiej. Tak więc siła jego ognia była spora. Był obiektem wchodzącym w skład odcinka budowlanego „Godula” i nosił nr 13.

   Wejście do schronu zostało ciekawie rozwiązane poprzez dobudowanie poterny o długości ok. 10 m. Wynikało to z faktu, że za schronem ciągnął się nasyp kolejki wąskotorowej, a poterna przebiegająca pod nasypem zapewniała zwiększone bezpieczeństwo. W podziemnym korytarzu znajdują się dwie strzelnice obrony wejścia dla rkm. W latach powojennych poterna została przedłużona o następne ok. 30 m dobudowane pod kątem prostym do osi pierwotnej poterny, ponieważ schron przeznaczono na potrzeby Obrony Cywilnej. Wejście do obiektu znajduje się obecnie w odległości kilkudziesięciu metrów od schronu w kierunku południowo-wschodnim, po przeciwnej stronie dawnego nasypu kolejki.

   Poza tym, że schron ma zupełnie nietypowe wejście, niespotykane w innych obiektach, to właściwie nic go nie wyróżnia od pozostałych. Ale to tylko pozory…

Podstępna dywersja.

   Faktycznie, dziwna była to formacja. Jej późniejsze działania wyraźnie wskazują na fakt, że była tworzona pospiesznie, a jej zdyscyplinowanie i karność pozostawiały wiele do życzenia. Najprościej mówiąc, była to niemiecka organizacja paramilitarna i dywersyjna założona na krótko przed wybuchem wojny, dowodzona początkowo z niemieckiego Wrocławia, a później z Bytomia. W jej szeregi często wstępowali Polacy pochodzenia niemieckiego, którzy nielegalnie przekraczali granicę bojąc się mobilizacji i wcielenia do polskiej armii. To właśnie oni jeszcze przed wybuchem wojny dopuścili się krwawych akcji przeciwko Polakom. Niemieccy mocodawcy przeszkolili ich w niewielkim stopniu. Użyto tych oddziałów już od połowy sierpnia 1939 r. - bez żadnego wojskowego wsparcia. Praktycznie użyto ich jako mięso armatnie, stąd ich ciężkie straty.  

   Tworzeniem tych dość przewrotnie nawiązujących do idei tworzonych po zakończeniu I wojny światowej w Niemczech ochotniczych „Freikorpsów” zajął się mieszkający od stycznia 1939 r. w Bytomiu kpt Ernst Ebbinghaus, w cywilu inżynier górniczy. Może inaczej. Zlecono mu ich tworzenie, a on użyczył formacji swojego nazwiska. Tak powstał „Sonderformation Ebbinghaus”. Wrocławska placówka Abwehry podawała, że „Sonderformation Ebbinghaus” liczyła około 1,6 tys. członków. To bardzo prawdopodobne. Członkowie tej formacji rekrutowali się spośród dywersantów przeszkolonych wcześniej chociażby w ośrodku szkoleniowym Głubczycach, ale także spośród tych, którzy dołączyli na krótko przed wybuchem wojny. Wiadomo również, że wśród nich znalazło się sporo dezerterów z Wojska Polskiego.

   Poziom ich wyszkolenia, a także osobistej odwagi, a nawet i lojalności musiał być bardzo różny. Wydaje się, że konieczną wydawała się ich weryfikacja w walce. Być może tym należy tłumaczyć fakt, że już od połowy sierpnia 1939 r. liczba nadgranicznych starć stale wzrastała. W ten sposób najlepiej było zweryfikować członków formacji, a także wybrać najlepszych, którzy w chwili rozpoczęcia wojny mieli najważniejsze zadania do wykonania. Na krótko przed wybuchem wojny Niemcy ulokowali sztab „Freikorpsu” w budynku bytomskiej restauracji (przy obecnej ul. Wrocławskiej). Można domniemywać, że we wcześniejszym przeszkoleniu tej formacji dużą rolę odegrali pracownicy bytomskiej placówki Gestapo i SD.

   „Freikorps” miał swoją ścisłą organizację wewnętrzną. Dywersanci byli zorganizowani w kompanie, które składały się z pięciu plutonów (każdy po 25 osób). Każdy z plutonów uzbrojony był w 5 lekkich karabinów maszynowych, 10 pistoletów maszynowych, 10 rewolwerów (zamienianych potem na karabiny) oraz w dużą ilość amunicji i granatów ręcznych. Ich siła ognia była naprawdę duża. Pod koniec lipca 1939 r. Niemcy przesunęli członków „Freikorpsu” z obozów ćwiczebnych nad polską granicę, a główną kwaterę ulokowano w Bytomiu. Swoją działalność „Sonderformation Ebbinghaus” rozpoczął już w ostatnim tygodniu poprzedzającym wybuch wojny. Wzorem innych terenów przygranicznych można się spodziewać, że na polską stronę Górnego Śląska zostali w tym czasie przerzuceni instruktorzy (często z SS lub z Abwehry), którzy mieli zająć się organizacją działalności dywersyjnej na tyłach polskich wojsk.

Zaczęło się…

   W atakach na obszar Chorzowa, Siemianowic Śląskich, Piekar Śląskich czy też Rudy Śląskiej oprócz członków „Sonderformation Ebbinghaus” bardzo często brali udział członkowie bytomskich bojówek SA i SS. Oddziały regularnej niemieckiej armii nie brały w tych atakach udziału. Dowódcą odcinka bytomskiego był SA-Obersturmbannführer Willy Pissarski 9zginał podczas walk na terenie kopalni „Michał”), któremu podlegali Kutula i Piontek (dowódcy na odcinku Chorzów-Bytom). Jednym z bardziej znanych dowódców był również pochodzący z Gliwic Karl Rolle (dowódca na odcinku Nowy Bytom).

   W samym Chorzowie hitlerowcy zaplanowali pięć zamachów na obiekty kojarzone z mniejszością niemiecką, by potem winą za nie obarczyć Polaków. To miało dać pretekst do akcji zbrojnej niemieckiej armii. Zamachy takie planowano na terenie całego polskiego Górnego Śląska. Ich wykonawca mieli być członkowie „Sonderformation Ebbinghaus”. W drugiej połowie sierpnia 1939 r. w wielu miejscach polsko-niemieckiej granicy dochodziło do lokalnych starć. W okolicach Bytomia najprawdopodobniej brali w nich udział członkowie bytomskich bojówek SA i SS.

   Dla przykładu, w nocy z 27 na 28 sierpnia 1939 r. od strony Zabrza silna grupa „Freikorpsu” przeniknęła przez granicę i weszła dość głęboko w terytorium Polski, jednakże została zatrzymana przez powstańczą samoobronę. Do walki włączyły się schrony bojowe OWŚ tworzące sektor „Czarny Las”. Niemieccy dywersanci ponieśli w tym starciu spore straty (około 16 zabitych) i wycofali się do zabudowań cegielni w Bielszowicach, skąd zostali następnego dnia wyparci. Na tym samym odcinku polskiej obrony atak niemieckich dywersantów powtórzył się w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1939 r. Tym razem atakował oddział „Freikorpsu” pod dowództwem samego Karla Rolle. Atak ponownie został przez Polaków odparty.

Polskie przygotowania.

   Na krótko przed wybuchem II wojny światowej obszar Górnośląskiej Okręgu Przemysłowego był obsadzony przez żołnierzy z polskiej 23 Dywizji Piechoty (23 DP), którą dowodził płk dypl. Władysław Powierza. Było to około 45 tys. przeszkolonych do walki w warunkach okrążenia żołnierzy, zdeterminowanych i gotowych na najwyższe poświęcenia. W większości byli to Górnoślązacy. 23 DP była rozmieszczona w następujący sposób:

  • 11 pułk piechoty (11pp) w Tarnowskich Górach, II batalion tego pułku w Szczakowej,
  • 73 pułk piechoty (73pp) w Katowicach, a jego II batalion w Oświęcimiu,
  • 75 pułk piechoty (75pp) w Chorzowie, jego I batalion w Rybniku, a III batalion w Wielkich Hajdukach.

Polskie schrony były odsadzone przez tzw. grupy forteczne, które w ramach tych jednostek tworzyły Grupę Forteczną Obszaru Warownego „Śląsk”. Jej dowódcą był płk Wacław Klaczyński, a centrum dowodzenia to chorzowski schron na Wzgórzu Redena.

   Na Górny Śląsk kierowano również dodatkowe siły policyjne, a także werbowano policjantów na miejscu. Polscy żołnierze mieli jednak zakaz czynnego angażowania się w miejscowe narodowościowe awantury. Z powstańców miały powstać 22 Powstańcze Bataliony Obrony Narodowej (każdy po 600 ludzi), z tego po 4 baony w powiecie świętochłowickim i w katowickim. Funkcję łącznika między oddziałami powstańców a regularną armią polską pełnił płk W. Czuma, natomiast dowódcą całych sił powstańczych był Emanuel Tomanek z Chorzowa. Oczywiście głównym założeniem polskiej obrony było powstrzymanie niemieckiego uderzenia na linii stałych fortyfikacji OWŚ, wsparcie miejscowej ludności (głównie powstańców), którzy jednocześnie mieli zabezpieczać tyły przed aktami dywersji. Głównie przed atakami „Sonderformation Ebbinghaus”, o istnieniu której polski wywiad doskonale wiedział.

    Nasz główny bohater, czyli polski schron bojowy na terenie byłej huty „Zygmunt” oprócz obsady wojskowej posiadał wsparcie w postaci rozlokowanej w najbliższym rejonie 1 kompanii Batalionu Obrony Narodowej „Chorzów” pod dowództwem por. Duszy lub kpt Kazimierza Paszkiego podzielonej na trzy plutony (dowódcy: ppor. Konrad Stanoszek, ppor. Jan Fajkis, ppor. Władysław Bartosik).

Wcześniej niż Wieluń i Westerplatte.

   W nocy z 31 sierpnia na 1 września 1939 r. niemieccy dywersanci (prawdopodobnie członkowie „Sonderformation Ebbinghaus”) podstępem zajęli polski schron bojowy na terenie huty „Zygmunt”, podobno zabijając jego załogę. Gdzieś kiedyś wyczytałem, że zastosowano pewien wybieg. Otóż późnym wieczorem jeden z dywersantów dobijał się do stalowych drzwi schronu pod pozorem przywiezienia ciepłego posiłku. Gdy jeden z polskich żołnierzy uchylił drzwi, został rażony strzałem. Ukrycie dywersanci dostali się do obiektu, gdzie w walce wręcz zabili pozostałych. Nigdy jednak nie spotkałem się z nazwiskami zamordowanych polskich żołnierzy – i to mnie trochę dziwi. Schron został opanowany. Kilka godzin później zaczęła się wojna.

   Polacy mieli się szybko zorientować, że coś jest nie tak. Trzeba było działać. W ciągu następnego dnia (1 września) została przeprowadzona brawurowa akcja powstańczej samoobrony z 1 kompanii Batalionu Obrony Narodowej „Chorzów” wspartej przez żołnierzy z II batalionu z 73pp (23 DP) doprowadziła do odbicia terenu wraz z obiektem. Po obydwu stronach padli jednak zabici. Był to właściwie jedyny przypadek podczas kampanii wrześniowej odbicia przez Polaków własnego, wcześniej utraconego schronu bojowego. Łączne straty Niemców miały wynosić kilkudziesięciu zabitych w walce i kilkudziesięciu wziętych do niewoli. Straty polskie były o wiele mniejsze.

   Niestety, kiedy w nocy z 2 na 3 września 1939 r. na rozkaz dowódcy Armii „Kraków” gen. Antoniego Szyllinga Wojsko Polskie wycofało się z polskiej części Górnego Śląska. Los okolicznych polskich miast był już przesądzony. Od 3 września 1939 r. zaczęły do nich wkraczać oddziały niemieckie, często wymieszane z członkami paramilitarnych organizacji. W tym „Freikorps” i „Sonderformation Ebbinghaus”. Wielu z nich byli to członkowie SA, mieszkańcy niemieckiego Bytomia. Łagiewnicki schron, odbity w ciężkich walkach, został przez Polaków opuszczony.

Schron obecnie.

   To było w 2004 r. nasze stowarzyszenie, którym kierował wtedy Waldek, dostało wiadomość, że teren po dawnej hucie przestaje być ochraniany. Schron miał zostać wydany na pastwę złomiarzy, a stalowych elementów było w nim naprawdę dużo. Trzeba było szybko działać. Zorganizowaliśmy sporą akcję. Zebrało się około 10 osób. Warunki pracy były nieciekawe, bo korytarz był zalany wodą. Dokonaliśmy demontażu wszystkich stalowych drzwi wewnętrznych (niektóre z nich były w bardzo złym stanie, ale były oryginałami), a także innych, drobnych elementów stalowego wyposażenia. Próbowaliśmy nawet wyciągnąć stalowe płyty pionowe do ckm-ów, ale beż użycia ciężkiego sprzętu nie daliśmy rady. Każdy uratowany element trzeba było przenieść przez zalany wodą korytarz do wyjścia i załadować na samochód. Ciężka i brudna robota, ale satysfakcja ogromna. Obecnie niektóre z tych drzwi znajdują się w udostępnionym do zwiedzania polskim schronie bojowym w Świętochłowicach, w Parku Heiloo. Nic się nie zmarnowało.

   Przez wiele następnych lat schron stał opuszczony. Na szczęście stalowe płyty pancerne pozostały na swoim miejscu. Teren zarastał dziką roślinnością, więc tylko wtajemniczeni wiedzieli o jego istnieniu. Nawet główna bryła schronu wraz z półkopułą pancerną całkowicie zarosła. Niedawno pojawiał się szansa. Teren został wykupiony przez prywatną firmę, której właściciele są zainteresowani jego zabezpieczeniem i renowacją. W naszym imieniu rozmowy z nimi prowadzi Adam. Obiekt ma zostać oficjalnie przejęty przez nasze stowarzyszenie, a my, na podstawie umowy z firmą, mamy nadzorować jego renowację. Bardzo bym chciał, żeby to wszystko wyszło. Obiekt z tak ciekawą historią znowu wróci „do służby”.

 


[1] Powstała w 1857 r. jako huta żelaza. Od 1889 roku należała do koncernu Katowickiej Spółki Akcyjnej dla Górnictwa i Hutnictwa. Zmiana nazwy huty z „Hubertus” na „Zygmunt” miała miejsce w 1936 r. W 1937 r. została włączona w skład Wspólnoty Interesów Górniczo-Hutniczych z siedzibą w Katowicach. W latach 1940–1942 huta należała do I.G. Betriebsgruppe Bismarckhütte, a następnie do Berghütte Königs und Bismarckhütte AG. Od grudnia 1944 r. do stycznia 1945 r. przy hucie działał podobóz KL „Auschwitz” o nazwie „Hubertushütte” (funkcjonował także jako „Arbeitslager Hohenlinde”, Lager nr 4923, 1028 Gemeinschaftslager Steinhof, Gefangen- und Zivilarbeiterlager der Hubertushütte). Huta, sprywatyzowana w 1995 r., funkcjonowała do 2000 r. Część zakładu została zaadoptowana na nowe cele. Reszta została wyburzona bądź znajduje się w stanie ruiny.